Wstęp
Ci którzy mnie znają, wiedzą, że lubię się spierać o rzeczy, o które nikt się nie spiera, oraz udowadniać, że mam rację w kwestiach zupełnie nieistotnych. Fundamentem takiego sporu, zawsze jest chęć udowodnienia komuś braku racji, a rzadziej, chęć poszerzenia własnego horyzontu, który to jest wąski jak nowodeweloperskie miejsce parkingowe. Chętnych często brakuje, jednakże znajdują się tacy, którzy również lubują się w takich dysputach, a bardzo szybko uciekają one w kierunki bardzo abstrakcyjne. Abstrakcje te jednak bardzo ładnie ekstrahują pewne pytania oraz palące kwestie, które zdają się w głowach dysputantów nierozwiązane, wątpliwe lub ciekawe na tyle, by przeznaczyć na nie czas. Jako, że abstrakty te naturalnie więc uciekają w stronę nieznanych, często też przejawia się temat śmierci, bóstw i innych ciekawych zagadnień, które nazwać można supernaturalnymi, albo metanaturalnymi na przykład. Zagadnienia te są o tyle ciekawe, że nie mamy za dużo podstaw, by próbować jakkolwiek je ugruntowywać w czymkolwiek, dlatego spekulowanie i próba budowania jakiegokolwiek wnioskowania wynikającego np. z doświadczeń, może być ciekawym ćwiczeniem, czy też zabawą intelektualną. Rozmawiając o śmierci, możemy poruszyć temat celowości istnienia lub braku jego celowości. Rozmawiając o życiu po śmierci, możemy przywołać różnorakie religie i związane z nimi święte pisma i mitologie, które mogą być zaczątkiem do próby odpowiedzenia sobie na pytanie, jak ludzie podchodzą do tego tematu i dlaczego to może być tak ważne dla wielu z nich. Możemy rozmawiać o moralności i jej źródłach, przywołując różne kultury i rozwoje różnych cywilizacji, różnych myślicieli i uczonych, próbując lokalizować sobie z czego wynika fakt, że rozumiemy moralność, przynajmniej intuicyjnie, tak jak ją rozumiemy dziś.
Wszystkie wymienione przeze mnie tutaj tematy, mają jedną ciekawą i wspólną cechę. Są nieugruntowalne logicznie w sposób definitywny. Są albo wrażeniami, albo uczuciami, albo domysłami. Nie ma kategorycznych, logicznych w sensie wnioskowania argumentów, które określą wnioski, bądź argumenty, które będą się w danej dyskusji pojawiać, jako prawdziwe (dyskusję na temat definicji prawdy na później, przyjmijmy sobie definicję intuicyjną, definicję faktu tak jak go rozumiemy na co dzień). To czyni je ciekawymi i nieciekawymi jednocześnie. Ciekawymi dlatego, że otwierają one drzwi do nieskończonej wręcz zabawy w dyskusję i próbę szukania prawd i wniosków, które zmuszą nas do wytężenia swojego umysłu. Nieciekawymi dlatego, że nie dojdziemy w nich do żadnych realnych wniosków, więc pragmatycznie rzecz ujmując są one bezcelowe. Przykładem może być np. rozważanie dlaczego religie tworzą odpowiedniki piekła i nieba. Jeden powie, że jest to straszak by kontrolować populacje i nagradzać posłuszeństwo, a drugi, że ludzie szukają odpowiedzi na pytanie życia po śmierci, a to jest wygodne w kontekście odpowiedzi na to pytanie. Obaj się mylą i obaj mają racje. Można spekulować, nic nie można twierdzić.
Problem
Obserwując dyskurs w społeczeństwie, zarówno polityczny, często filozoficzny, a nawet pojedyncze próby dyskusji zupełnie przypadkowych, odosobnionych na tematy właśnie tego typu, zauważam jednak, że sporo osób nie zauważa właśnie tego ciekawego zjawiska. Nie zauważa go dlatego, że nie chce go zauważać, albo nie zdaje sobie sprawy, świadomie lub podświadomie, lub aktywnie wierzy w pewne aksjomaty, które nie powinny w ogóle być brane pod uwagę. Jest to problematyczne o tyle, że dyskusja na takie tematy, z takim dyskutantem, z gruntu jest bezsensowna, jeżeli nie wpasowujemy się w jego aksjomatykę. A aksjomatyki, jeżeli nie są w jakiś sposób praktyczne, jak np. aksjomaty Zermelo-Fraenkla dla teorii mnogości, albo różne założenia teorii fizycznych, które widoczne w naturze, nie mają jeszcze swojego wyjaśnienia, jak. np. wartości sił oddziaływań słabych i silnych, są bezużyteczne. Sztandarowym dla mnie przykładem, na którym chciałbym się dzisiaj skupić, a który jest mi bardzo bliski, jest problem teologii chrześcijańskiej i biblii samej w sobie, gdyż front chrześcijański w dyspucie politycznej i filozoficznej, jest nurtem dosyć silnym, nie ze względu na prawdę właśnie, tylko na wymieniony wcześniej problem wyciągania wniosków, które pozują na prawdziwe, z czapki zwanej świętym pismem. (Adnotacja: chrześcijaństwo wybrałem dlatego, jak już wspomniałem, bo jest mi go najbliżej i stykam się z nim najczęściej. Te same argumenty można aplikować, mniej lub bardziej dokładnie, do każdej jednej religii, bo wszystkie są równie logicznie bezzasadne).
Biblia mówi że...
W pewnym momencie swojego życia stwierdziłem, że jeżeli w trakcie rozmowy usłyszę tak zaczynający się argument, a nie będzie to kazanie, na którym znalazłem się przypadkiem, bądź kurtuazyjnie, albo nie będzie to dyskusja ściśle teologiczno-historyczna, to dyskusję można uznać za zakończoną. Dlaczego? Ano dlatego, że biblia, jako źródło mitologii chrześcijańskiej, jest właśnie tym. Jest odpowiednikiem mitologii Parandowskiego, złożoną dla chrześcijan, tylko braną przez wiele ludzi na poważnie, z przyczyn różnorakich. I to, że biblia jako pismo, jest księgą znakomicie zbadaną, wielokrotnie tłumaczoną, posiadającą głębie i moralizatorskie motywy i historie oraz zawierającą wspominki o realnych, historycznie potwierdzonych wydarzeniach, nic jej nie dodaje, ani nic nie odejmuje. Fakty historyczne są również wspominane w Iliadzie, a nikt nie próbuje udowadniać, że Atena świetnie podaje włócznie błogosławionym przez nią wojownikom. Jest to wydaje się oczywista rzecz. Nie jest to natomiast oczywista dla armii ludzi, którzy próbują na co dzień opierać na tym swoje życia. I proszę nie rozumieć mnie źle, jeżeli ktoś chce oprzeć swoje zdanie, życie, myśli i rozważania, właśnie na tym, proszę bardzo. Wierzyć można w co się tylko zechce. Jednakże wszystkie inne dziedziny, które wykraczają poza "swoje życie" powinny zostać zupełnie odseparowane od tego właśnie medium. I jest to tak samo ważne zarówno dla Parandowskiego, koranu, biblii, czy małej czerwonej książeczki. Wszelka argumentacja, w kwestiach niereligijnych, która jakkolwiek zahacza o jakiekolwiek święte pisma, czy twory, które nie wynikają z rozumnego podejścia do zagadnień, musi być i powinna zostać automatycznie ignorowana i wyśmiewana wręcz.
Nie byłoby problemu, gdy...
Tak jak już wcześniej wspomniałem, ale chciałem to zaznaczyć zanim przejdziemy dalej, jeżeli rozważalibyśmy tę księgę, lub te księgi, jako dzieło literackie, większość, jak nie wszystkie problemy, które zostaną wymienione, mogłyby być albo zignorowane, albo byłby źródłem analiz i prób dojścia do przyczyn owych problemów. Takie studia się dzieją i są one nadzwyczaj ciekawe. Jednym ze znalezisk takich studiów jest np. fakt, że Paweł, autor listów, nie był autorem wszystkich swoich listów. Ciekawostką może być też fakt, że historia narodzin Jezusa, którą znajdujemy w ewangelii Łukasza, nie była napisana przez Łukasza. Mało tego, nie była ona w oryginalnej wersji tej ewangelii, tylko została dodana później. I to są problemy pism i ksiąg zbieranych przez lata i są one oczekiwane. Jednakże w tym przypadku mówimy o piśmie, które uważane jest za nieomylną świętą księgę. A każdy następny wywlekany babol, jest albo uzasadniany jakimś kosmicznie absurdalnym wywodem, albo wpychany w worek "metafor" i innych alegorii. Przykładem koronnym niech będzie stworzenie świata, które wraz z rozwojem nauki przechodziło z dosłownego w coraz bardziej metaforyczny, jak tylko dokonywano kolejnych odkryć naukowych, których nie dało się wcisnąć pomiędzy wersety.
Teraz więc przejdziemy do listy zagadnień, które według mnie, i mam nadzieję po lekturze tego tekstu, również Ciebie, dyskredytują Biblię jako źródło jakichkolwiek informacji, których nie zamkniemy w literacko-historyczne rozważania.
Lista
Problem zrozumienia i interpretacji
Najbardziej istotnym i w zasadzie jedynym, jaki jest potrzebny do odrzucenia Biblii jako źródła prawdy objawionej, jest problem jej interpretacji. Jeżeli ktoś kiedykolwiek czytał jakąkolwiek poezję, wie o czym mówię. Moim chyba ulubionym dotychczas wierszem, jest "Czarna Róża" Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Przez lata, w zależności od tego, w jakim stanie się znajdowałem, przez co przechodziłem lub jakie miałem zrozumienie świata, ta interpretacja się zmieniała. Sens, mimo tego, że tekst pozostawał nadal ten sam, a autor miał zapewne jedno tylko na myśli, dla mnie ewoluował i był tak niestały, jak było to tylko możliwe. Jest to jedna rzecz na którą warto zwrócić uwagę. Tekst, który jest niejasny, metaforyczny, albo jakkolwiek zwykły, ale nie technicznie specyficznie dokładny, może i będzie interpretowany. Przykładem takiego może być prawo. Prawo czasami jest jasne, a czasami musi zostać poddane interpretacji, ze względu na to, że nie sposób wylistować i wymienić wszystkiego, oraz na to, że zmienia się świat. I jest to inherentna i niezbywalna jego wada. Tę wadę próbujemy zwalczać poprzez rady prawnicze, sędziów i innych specjalistów w określonych domenach i nikt nie ma z tym problemu. Mamy pewne określone gremium, które kształci się w danej dziedzinie i poprzez analizę gremialną zagadnień, rozwiązujemy problem interpretacji. Uznajemy autorytet prawa i owych gremiów. Jeżeli ten autorytet przestaje nam się podobać, autorytet ten można zmienić. Szukamy zdroworozsądkowych rozwiązań a nie ślepego posłuszeństwa radzie. Dodatkowo, prawo ustalamy sami. Również przez te gremia, ale też głosowania i parlament, który decyduje co się ma w prawie znaleźć za nas. MY ustalamy prawa i MY je potem interpretujemy. W przypadku Biblii nie mamy tego luksusu. Nie mamy gremiów, nie mamy rad, które definiują nam jak mamy żyć i nawet nie powinniśmy ich mieć, bo co wtedy miałoby się nam nie podobać? Będziemy robić głosowania, czy analizy tego, czy Bóg jednak jest wszechmogący, czy nie? "Nie zabijaj". Kogo w sumie? Ludzi? Zwierząt? A co z wojnami, których Bóg jest inicjatorem? Ktoś mądry mógłby rzec, "A z Hebrajskiego jest 'nie morduj', a żołnierz to nie morduje, tylko zabija, więc wojna jest ok.", no ale czy aby na pewno? Do każdej niepewności, można wchodzić głębiej i głębiej. Te kobiety to powinny mieć prawo do udzielania się w zborze? Powinny móc nauczać? Czy niewolnictwo jest spoko, bo przecież w biblii są instrukcje dla niewolników, jak mają się zachowywać wobec swoich Panów? I nie, kontekst kulturowy czy historyczny nie ma znaczenia, jeżeli stanowimy o tym jaka jest prawda, wobec której mamy się podporządkować. Kontekst byłby podstawą do interpretacji, a tych możemy mieć nieskończoność. Bo z definicji, interpretacja jest czymś co się rozumie po przeczytaniu tekstu, a jeżeli tekst nie jest jasny, to nie będzie owego zrozumienia. Mamy z góry ustalone pewne treści, których nie ma za bardzo jak na tym etapie interpretować, więc desperacko próbujemy tych interpretacji szukać.
Zostaje ostateczne i najważniejsze pytanie. Kto ma być wykładnią tekstu? I dlaczego on? Mamy ten tekst rozumieć poprzez analizę literacką? Cały czas jesteśmy w subiektywnym podejściu do danego tekstu i zawsze będziemy się zmagać z czyjąś racją i z czyimś zrozumieniem. Przykład. Izajasz 40:22 stanowi:
Ten, co mieszka nad kręgiem ziemi, której mieszkańcy są jak szarańcza, On rozciągnął niebiosa jak tkaninę i rozpiął je jak namiot mieszkalny.
Ten werset jest nieironicznie interpretowany przez płaskoziemców, jako dowód na to, że ziemia jest płaska i nakryta kopułą. I kto im zabroni w tej sposób to interpretować? Jest to jak najbardziej poprawna interpretacja, jeżeli wierzymy w to, że Biblia mówi ZAWSZE prawdę, niezależnie od miejsca. Oczywiście, można się domyślić, że w tym przypadku chodziło o podkreślenie całości globu, całości ziemi, a nie konkretnie kształtu, ALE nie można tego wykluczyć. Można kierować się zdrowym rozsądkiem, ale jako że to jest święte pismo, nie jest to jedyne wyjście i nie jest też poprawne.
Brak dokładności i potrzeba interpretacji. Problem kardynalny i nierozwiązywalny. Jednoznacznie wyklucza te księgę z jakiegokolwiek dyskursu.
Jam jest prawda, jam jest racja
Drugi List Tymoteusza, rozdział trzeci, wers szesnasty stanowi (nowa Gdańska, każde inne tłumaczenie też będzie dobre):
Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości
Więc sama księga mówi o sobie, że jest natchniona przez bóstwo. Jahwe w tym przypadku. Kwestią interpretacji jest teraz, o jakim piśmie mowa, czy o całej biblii, czy nie, ale z historycznego punktu widzenia można stwierdzić, że chodziło mu o stary testament. Można też domniemywać, że nie tylko stary, ale również nowy, bo w sumie jeśli zostało to włączone do kanonu, to czemu nie. Ale dla samego przykładu, ograniczmy się do starego testamentu. Mamy więc księgę, która sama siebie opisuje, jako natchnioną przez boga. Można, a nawet trzeba założyć więc, że to co mówi jest prawdą i księga ta, czy też księgi nie mają błędów ani skaz, nie mają problemów, sprzeczności i innych baboli, które może mieć każdy zbiór ksiąg, a nawet jedna księga. Jak jednak dobrze wiemy, takie problemy istnieją. Np. Ile par zwierząt wziął Noe na arkę? Po 7 czystych i po 2 nieczystych? (1 Moj 7:2), czy może jednak po parze z każdego (1 Moj 7:9). To jest ten sam rozdział! A takich cudaków mamy jeszcze więcej. Pomijam zupełnie konflikt ze współczesną nauką, tak jak np. historia potopu. Ten jeden argument może zupełnie wykluczyć jakiekolwiek rozważania na temat tej książki jako poważnego medium mówiącego prawdę, bo jeżeli kłamie w jednym miejscu, a jest słowem DOSŁOWNIE wręcz bożym, to albo Bóg kłamie, albo się zapomniał na chwilę. W obu przypadkach, jest to dzieło nie warte brania pod uwagę.
Problem składu
Paradoksalnie prościej byłoby dowodzić tego, że Biblia jest bożą księgą, jeżeli byłaby od razu znaleziona w komplecie i tak zaadaptowana. Możnaby wtedy uznać, że tak Pan Bóg, jakiś tam, zrzucił nam z niebios książkę, nikt nie wie jak i gdzie, ale powstała ona znikąd i jest słowem od Boga i na wieki. Niestety tak nie jest.
Zespół ksiąg, który teraz nazywamy Biblią to jest arbitralnie, PRZEZ LUDZI, zebrany zbiór ksiąg, który w miarę do siebie pasuje i mniej więcej mówi o tym samym. Weźmy np. ewangelie, których mamy cztery. Czemu nie pięć? Co jest nie tak z ewangelią Tomasza, albo Judasza? Otóż nie pasują. Jakby się znalazła ewangelia Tomasza, która mniej więcej opowiadała by tę samą historię co Jana np., to byłaby zapewne ok.
I tych zespołów jest wiele. Kościół katolicki ma swój, prawosławny ma swój rozszerzony o dodatkowe, deuterokanoniczne tak zwane, protestanci mają swój bez deuterokanonicznych (czy wedle ich nazewnictwa "apokryfów") i niektórych katolickich, które też za apokryfy uważają, Żydzi mają jeszcze inny i każdy jest tak samo prawidłowy, bo nie ma jednoznacznego kryterium przynależności. I ono nigdy się nie pojawi. Każdy z tych zespołów ma dodawane i odejmowane księgi w taki sposób, żeby się wszystko dla nich spinało. Żydzi nie mają nowego testamentu, bo nie uznają Jezusa za mesjasza, protestanci nie uznają apokryfów, bo np. nie uznają czyśćca, itd, itd. Powody mogą być wszelakie i wszelakie są. Każdy z nich, równie bez znaczenia.
Problem tłumaczenia
Jako, że języki z których tłumaczymy biblię są stare, słowa w nich bardzo wieloznaczne, a konteksty bardzo skomplikowane lub całkowicie zatracone (np. w Hebrajskim nie ma konstruktu czasu), tłumaczania są bardzo skomplikowane i otwarte znów, a jakże, na interpretacje. Tworzymy więc teksty, których tłumaczenia wraz z analizami naukowymi tekstu się zmieniają, ze względu na postęp, które są przedmiotem interpretacji, które później znów trzeba interpretować. Przykładem może być np. 1 Mojżeszowa 1:1:
Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię.
Spekuluje się, że "niebo i ziemię" jest nie dokładnie tym o czym mówi, tylko meryzmem, wskazującym na fakt stworzenia wszystkiego. Jakoby Bóg stworzył wszystko, od A do Z, dla lepszego przykładu. Powodem takiej spekulacji jest fakt, że istnieją czynniki pasujące do tej narracji, których nie można wykluczyć, albowiem konteksty językowe się całkowicie zatraciły i jedyne co możemy, to przypuszczać na podstawie analiz. Sam fakt różnic między językami już stanowi problem przekładu, a co dopiero przekładu z tak starego.
Samo źródło więc prawdy objawionej jest z gruntu niedokładne. Nie wiemy co znaczy. Możemy z dużym prawdopodobieństwem zakładać pewne rzeczy. Nie będzie jednak NIGDY dokładnego tłumaczenia. I to jest kolejna kardynalna wada.
Problem samosprzeczności
Mówiliśmy już o fakcie niedokładności i sprzeczności wspominając pary zwierząt Noego. Jest to jednak czubek góry lodowej z jakim zmaga się biblia i to nawet nie najciekawszy. Najciekawszym i najbardziej przystępnym, przynajmniej wedle mojej opinii, przykładem, są same ewangelie. Najprostszym do wyśledzenia są np. genealogie Jezusa. Mateusz 1:16:
A Jakub spłodził Józefa, męża Marii, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem.
A teraz Łukasz 3:23:
A Jezus miał około trzydziestu lat. Był, jak sądzono, synem Józefa, syna Helego;
No to w końcu jak. Józef był synem Helego, Heliego też można, czy Jakuba? Można próbować to wyjaśniać na różne sposoby i takie sposoby zostały podjęte. Np. że Mateusz spisuje rzeczywiste synostwa, a Łukasz bierze pod uwagę lewiraty. Ale jest to tylko przypuszczenie i tym pozostanie. Faktem jest jednak, że biblia samej prawdy mówi o tym samym, dwie różne rzeczy. Jeszcze jednym przykładem może być, jako że święta niedawno, ucieczka Marii i Józefa, w dwa różne miejsca w tym samym czasie. Za Mateuszem 2:13-14:
2:13
A gdy oni odeszli, oto anioł Pana ukazał się we śnie Józefowi i powiedział: Wstań, weź dziecko oraz jego matkę i uciekaj do Egiptu, i zostań tam, aż ci powiem. Herod bowiem będzie szukał dziecka, aby je zabić.
2:14
Wstał więc, wziął w nocy dziecko oraz jego matkę i uciekł do Egiptu.
No to teraz za Łukaszem 2:39:
A gdy wykonali wszystko według prawa Pana, wrócili do Galilei, do swego miasta, Nazaretu.
Poruszamy się w tej samej historii, odsyłam do konkretnych rozdziałów, bo bez sensu wydaje mi się je kopiować w całości, ale chodzi o narodziny Jezusa. Mateusz twierdzi, że gdy Herod dowiedział się od mędrców o gwieździe i "nowym" królu, postanowił go zabić, więc anioł przestrzegł Józefa i ten uciekł do Egiptu i siedział tam, aż Herod umarł. Łukasz natomiast w ogóle o tym nie wspomina, a sam Jezus ze spisu wraca sobie do Nazaretu wraz z rodzicami, nie wiedząc nawet, że Egipt istnieje na tym etapie. Przykładów jest więcej. Znacznie więcej. Nie trzeba ich aż tylu, wystarczy jeden tak na prawdę, by zburzyć całkowicie autorytet tego pisma, jako jakkolwiek całkowicie prawdziwego i natchnionego przez jakiekolwiek bóstwo.
Problem rzeczywistości
Szukać nieścisłości można. Próbować znajdować sprzeczności można. Doszukiwać się błędów składu, problemów autorstw i innych błędów tłumaczeń i ucieczek kontekstów, też można. Ale wcale nie trzeba. Wystarczy się odwołać po prostu do rzeczywistości. Biblia ma ten problem, że tej rzeczywistości nie opisuje, natomiast my jako ludzie stworzyliśmy coś takiego jak naukę, która tę rzeczywistość, całkiem dokładnie z resztą, modeluje. Samo stworzenie świata i człowieka, wiek ziemi, który z Biblii jest liczony na sześć tysięcy lat, dobitnie pokazuje, że nie ma na co zwracać uwagi. Argument metaforyczny, czyli, że nic dosłownie, wszystko przenośnią, można zaaplikować na wszystkie inne mitologie, więc nie ma nawet o czym rozmawiać.
Problem szukania na siłę
Istnieje pewne pojęcie ukute przez Pana Drummonda, a brzmi ono "Bóg Luk". Odnosi się ono do tego, że Boga wpychano i robi się to nadal, tam, gdzie nie ma wyjaśnienia pewnych zjawisk. Tak jak kiedyś za pogodę odpowiadał Bóg, teraz już za pogodę odpowiada fizyka. Tak jak kiedyś za choroby odpowiadał Bóg, tak teraz odpowiadają bakterie i wirusy (i inne czynniki). Im więcej mamy nauki, która precyzuje pewne rzeczy, tym bardziej Bóg się kurczy. To kurczenie doprowadza do tego, że pewne rzeczy, na tym etapie fundamentalne, gdy kwestionowane, bronione są zupełnie na siłę i zupełnie niepotrzebnie, tylko po to, żeby nie stracić dogmatów, w które tak bardzo się wierzy. Jest to problem z którym Ja, osobiście, spotykam się często podczas krytyki filozofii i świętej księgi chrześcijańskiej, która gdy postawiona pod ścianą, zdaje się desperacko uciekać w marzenia, sny i nadinterpretacje, zamiast zaakceptować po prostu fakt, że wiara w dogmaty którą się posiada, jest po prostu błędna. Przykładem niechaj będzie problem predestynacji wobec boskiej wszechwiedzy (klątwa Judasza jako jeden z wewnętrznych przykładów), czy też problem cierpienia ludzi oraz zwierząt, wobec nieskończonego boskiego dobra.
Podsumowanie
Biblia w ogniu krytyki, nie ma się jak bronić i nie broni się. Nie jest prawdą objawioną, nigdy nie była i nigdy nie będzie. Należy ten fakt zaakceptować i przyjąć do wiadomości. Nie może to być żaden argument w społecznym i politycznym dyskursie. Jest to dzieło literackie, bardzo zawiłe, z elementami kronik historycznych i tylko w tym aspekcie powinno być brane pod uwagę. Jest to tylko tekst sakralny, element chrześcijańskiej mitologii i takim niechaj pozostanie.
Komentarze