Preludium
Jako, że jest w tym co chciałbym powiedzieć dosyć dużo do odpakowania, podzielę ten rant na dwie części. Pierwsza część będzie do przeczytania w bezpieczeństwie o spoilery, a druga już nie. Obie będą odpowiednio oznaczone, także lęk przez zdradzeniem zakończenia oraz części kluczowych jest zbędny. Nie martwcie się Ci, którzy tu wchodzicie. Dodatkowo chciałbym odrzucić wszelkie nadzieje, na to że będzie to rzetelna i podparta szeroką filmoznawczą wiedzą recenzja. Będzie to mocno subiektywne spojrzenie na to co się wydarzyło, podparte tym co udało mi się przez lata mojego życia zgromadzić w głowie na temat filmu. Jeszcze dodatkowo uściślając, jeżeli mówię że film jest jakiś, to należy czytać "w mojej opinii jest jakiś", albowiem nic co subiektywne, nie jest faktem. Jeżeli fakty będą oceniane, będą podkreślane. Tyle słowem wstępu, zacznijmy więc tę przygodę.
Wstęp
Jest niewiele filmów w moim życiu, które zasługują na miarę 10/10. Niewiele jest obrazów, które odcisnęły jakiekolwiek piętno w mojej krótkiej egzystencji. Na szczęście, i niestety, pierwsza cześć Gladiatora jest jednym z nich. Film ten widziałem wiele razy, wiele razy zachwycając się tak samo, za każdym razem wpadając w pułapkę "a może się uda" i zawodząc się raz po raz. Mówię to nie bez przyczyny, ano dlatego, że jest to bardzo istotne w tym, jak podszedłem do jego "drugiej części". Nie ukrywam, że w ogóle na nią nie czekałem. Przebąkiwania o niej słyszałem już 10 lat temu, a jakieś przecieki z dziwaczną wręcz fabułą wprawiały mnie w jeszcze większe osłupienie, toteż nie byłem w ogóle w żaden sposób nastawiony jakkolwiek. Nie mniej, gdy film pojawił się w kinie, stwierdziłem, że grzechem będzie nie pójść, jako że dodatkowo, film uzyskiwał recenzje jak w wahadełku. Jedne cudowne, drugie straszliwe. Wyrobienie sobie własnego zdania na ten temat stało więc moim zamiarem więc skorzystałem z okazji zapoznania się z ową nowoczesną kontynuacją. Ależ błąd...
Ciężar schedy
Powiedzmy sobie szczerze od samego początku. Jeżeli nie zwracać uwagę na nic, oprócz tego, że film się fajnie ogląda, jest bezproblemowy i spędzenie z nim czasu będzie przyjemne i niezbyt angażujące, to ok, jest to film na wskroś poprawny. Porządnie zrealizowana produkcja, fachowość na wysokim poziomie, rozrywka od samego początku do samego końca. Jeżeli idziesz do kina, na spokojnie bierz sobie popcorn dowolnego smaku, pićko słodkie lecz bez cukru, i baw się pięknie, albowiem czas będzie spędzony przynajmniej miło. Problem pojawia się w momencie, w którym idziesz na ten film z pewnym nastawieniem, jako i ja poszedłem. Nastawienie to niesie ze sobą pewien ciężar, który pozostawiła po sobie część pierwsza i której wielkości będziesz spodziewał/a się przynajmniej podtrzymania, nie mówiąc już o wyniesieniu jej wyżej.
Ciężar ten niestety zgniata całkowicie wszystko co niesie ze sobą drugi gladiator. Film od samego początku jest praktycznie kalką historii Maximusa, lecz zawiniętą w trochę inny początek. Mamy skrzywdzonego wojownika, który pragnie zemsty, wpędzony siłą w ramiona aren starożytnego Rzymu pnie się po szczeblach drabiny, by w koloseum staczać bitwy przed żywo skandującą, bawiącą się gawiedzią. Absolutnie nic w tej produkcji nie jest oryginalne. Każdy motyw, abstrahując od fabularnie ułożonych sytuacji i scenografii, jest niemalże żywcem wyciągnięty z pierwszej części. Rozumiem nawiązania, rozumiem flashbacki do poprzedników, by mrugnąć okiem lub w sposób zwinny dodać filmu wartości, bazując na czymś sprawdzonym, ale w tym przypadku mamy do czynienia z gumką do mazania, która wykreśla imiona z poprzedniego scenariusza, dopisując nowe.
Absurd i głupota
Jak już wspomniałem, jeżeli wyłączy się mózg, by dobrze się bawić, jak w Fast and Furious dla przykładu, film idzie całkiem gładko. Ale... Jeżeli chce się podejść do niego choć odrobinę na poważnie, staje się to dosyć groteskową produkcja, żeby nie powiedzieć, że głupawą. Widz jest traktowany trochę jak taki chrupiący paszę cymbał, który ma widzieć efekty i starcia, i każdym ochem i achem wypluwać coraz więcej zachomikowanego w paszczy jedzenia, coby obsługa kina miała ciężki dzień. Dla przykładu, dwa drobne spoilery, które widać w trailerze, więc nie są aż tak ważne w kontekście całości. Pierwszy to scena oblężenia i ataku na mury. Nie wiem czy dostrzegliście tam pewien szkopuł, a mianowicie wieże oblężnicze... na statkach. Owszem, można tak zrobić i tak robiono, w ekstremalnie rzadkich okolicznościach, jak np. Oblężenie Kyzikos i to tylko dlatego, że nie było ZUPEŁNIE innej możliwości. W przeciwnym razie, jest to zadanie zupełnie, raz niepotrzebne, dwa karkołomne do granic możliwości, a po trzecie, głupie, ponieważ niesie za sobą niesamowite straty, z praktycznie żadną możliwością osłony ani manewru. Widzimy tam też ultra długie mury, więc miasto było dosyć duże, więc na całej linii ataku, jadą statki i większość z nich ma wieże, a piechota do tych wież ma dobiegać z innych statków? Nie wiem czy jeszcze mam mówić, ale nie prościej byłoby np. wylądować gdzieś troszkę dalej np. na lądzie i z lądu przeprowadzić pełne oblężenie? Co zresztą miało miejsce w podbijaniu całego królestwa Numidii? I wiem, wiem... Filmowe efekty i show. Ale czy nie byłoby wartości w normalnym oblężeniu i normalnym ataku np. na bramę? Pierwsza część powraca, zaczęła się bitwą (też odrobinę niedokładną, ale nie głupawą), więc i tutaj trzeba było zrobić, coby nowej ryzy nie otwierać, tylko zagumkować stary scenariusz. Drugim przykładem niech będzie nosorożec, jako wierzch gladiatora. Powtórzę. Nosorożec. Wierzchem. Takim co go można sterować i on robi co się mu każe. Ja wiem, show itd. ale np. w pierwszej części były tygrysy na łańcuchach i... werble... tak rzeczywiście było. Takie rzeczy miały miejsce w koloseum. A nosorożec? No kurde chyba nie. A takich kretynizmów było znacznie więcej i je omówimy w części spoilerowej.
Wszystko wiadomo
Trailer zdradza nam wszystko co się wydarzy w filmie. Serio. Film zdradza nam największy plot twist filmu na samym początku. Mało tego, ten plot twist jest zupełnie kretyński, ze względu na fabularne nieścisłości z pierwszą częścią. Ridley uznał sobie, że tak będzie, bo nikt jedynki już nie pamięta, więc otworzył worek z absurdami i wylosował sobie największy. Jaki to twist, oczywiście nie powiem, ale jak ktoś widział pierwszą część to zobaczy od razu.
Abstrahując już od trailera jednak, to film ten można podsumować jednym fajnym zdaniem, kiedyś zasłyszanym "If you'd have seen one, you've seen them all". I to jest dokładnie taki film. Jest oczywisty do granic możliwości. Nie ma mowy o budowaniu napięcia. Nie ma mowy o budowaniu intrygi ani szykowaniu motywów za kulisami, które delikatnie szyte przez długość trwania seansu, okażą się niesamowitym zwrotem akcji i zaskoczeniem dla całej widowni. Wchodzisz do sali i od pierwszej sceny wiesz co się wydarzy. Każda następna scena utwierdza Cię tylko w przekonaniu, że ten film już gdzieś widziałeś, tylko w innej skórze. Zaskakuje Cię tylko to, że reżyser uznał, że takie absurdy i kretyństwa zostaną przez widza niezauważone, albo pominięte bez większej refleksji. Nie wiem za kogo Ridley ma swoich widzów, ale mnie osobiście obraził tym co zrobił.
Pozytywy
Jedyny pozytywny aspekt tego filmu to realizacja. Jest to dokładnie ten sam motyw, co np. z poprzednim Ridleyem, czyli Napoleonem, czyli "Dobrze zrobiony słaby pomysł". Oczywiście 70% tego filmu jest zrobiona komputerem, ale scenografia scen ważnych i takich, przy których musimy coś zobaczyć widocznie nie. Co daje odrobinę radości w tym morzu błota, za które trzeba cztery dychy zapłacić. Film jest na wskroś poprawny. Dobry kasting, aktorzy grają swoje, nie ma w tym co robią niczego, co sprawia, że film wybija nas ze świata przedstawionego. Kolory, scenerie, krajobrazy, ujęcia, zdjęcia, muzyka, udźwiękowienie, stroje, fryzury, scenografie, kamery... Wszystko to co wykształcony i doświadczony filmowiec może zrobić technicznie dobrze, to zrobił. Ridley umie w filmy, co udowodnił już pare razy, dlatego nie można mu zabrać tego, że realizacja jest na bardzo wysokim poziomie (poza małpami). Ale jak dla mnie to jedyny pozytyw. Cała reszta filmu jest starym ziemniakiem, który ktoś znalazł pod kaloryferem po 20 latach, i postanowił, że nie może się zmarnować, więc obrał i frytki zrobił. I tak, frytki są do dupy.
Podsumowanie
No więc, co ja mogę powiedzieć. Według mnie zupełnie nie warto. Produkcja na wskroś niewarta uwagi, niewarta swojego tytułu, niewarta tych czterech dych. Spuścizna została całkowicie zaorana bez patrzenia na to, co za sobą niosła. Część zupełnie niepotrzebna. Część, która nie powinna zostać częścią. "Hanno, na drodze chwały", to tytuł, który zagrałby znakomicie i oderwałby od uniwersum, którego nie trzeba było zupełnie ruszać. Tytuł ten, jako, że jest wymyślony na szybko i napisany na okładce zwiastowałby jakiś zupełny badziew, idealnie odwzorowuje to, co ten film sobą reprezentuje. Ridley potrzebował pieniędzy małym wysiłkiem. Mały wysiłek podjął. Pieniądze zgarnął. Oto koniec opowieści. Koniec chwały. Vea victus.
!!!!!! SPOILERY !!!!!!
Teraz się trochę poznęcam na tym, co w tym filmie jest zupełnie kretyńskie. Wyciągnę najbardziej dla mnie kłujące szczegóły, które ten film zepsuły i który zniszczyły mi całkowicie seans, sprawiając, że z niedowierzaniem patrzyłem zarówno w ekran, jak i siedzącą obok mnie siostrę, która reagowała śmiechem na to co się na ekranie działo. To będzie raczej rant niż analiza, więc weź to pod uwagę przechodząc dalej. Zacznijmy więc od początku.
Oblężenie Numidii
Pomijając fakt, że Numidia nie była miastem, tylko królestwem, sam fakt natarcia na mury miasta statkami, jest co najmniej absurdalny od strony nie tylko taktycznej ale i logicznej. Jak już wcześniej napisałem, wieże oblężnicze na statkach są rzeczą absurdalnie ciężką, niebotycznie niepraktyczną i mimo że realizowalną, co już też napisałem, w tym przypadku zupełnie bezsensowną. Film zupełnie nie straciłby, jeżeli wylądować odrobinę dalej, na lądzie by potem rozbić obóz, przygotować oblężenie i je przeprowadzić. CO Z RESZTĄ MIAŁO MIEJSCE. Nie trzeba pokazywać lądowania i wszystkich tych rzeczy, OCZYWIŚCIE, ale można np. rozpocząć już w natarciu. Pomijając już fakt, że dopłynąć od strony Italii do Afryki, na żaglach i wiosłach, to jest kurde trochę mil, więc żołnierze na pewno byliby radośni i wcale nie wycieńczeni żeglugą. Pełni mocy ruszyliby do ataku i z morale pod niebem, zdobyliby miasto w 15 minut. A skoro nie byli, to albo gdzieś wcześniej wylądowali, by znów wypłynąć w morze, co jest kretyńskie, albo mieli galijski magiczny napój. Nie ma innego wytłumaczenia.
Samo natarcie, już abstrahując od tych statków, to też istna groteska. Atakujemy mury, na każdym statku jest maks 200 chłopa, cała reszta jest na statkach za nimi. Czyli, statki z ludźmi, muszą A, dopłynąć do nich, B, jakoś sensownie zaparkować, C, wjechać statek po statku aż do wieży. Wszystko do pod ostrzałem przypominam. Taktyka fest. Generał, OCZYWIŚCIE, płynie na samym froncie, bo czemu nie, jest przecież nieśmiertelny, bo wpadł od kociołka. Statki podpływają, wieże parkują, zrzucają pomosty na mury. Jeden z pomostów zacina się na jakimś splocie liny na kołowrotku, więc co robią żołnierze? Czekają i patrzą się w na wpół opuszczony pomost. Widząc to generał robi co, mając oczywiście w głowie fakt, że takich wieżyczek są jeszcze dziesiątki na linii frontu? Obserwuje sytuację i czeka aż ktoś zareaguje, albo zupełnie nie zwróci na to uwagi nadal dowodząc? Nie! Popędzi na pełnej do owego pomostku, rozcinając linę co się zacięła i ruszy w pierwszej linii ataku, jak to robi każdy generał, o którego śmierć nie trzeba się martwić będąc w bitwie 20k vs 20k. O "kill that woman" już nie wspominam, bo Chryste Panie.
Pojmanie i gladiatorowanie
Film się nie pieści jakoś specjalnie i jedzie z kalką od samego początku. Po bitwie, krótka scena żałoby i hyc, arenka instant. Bez przygotowania, bez wstępu, dzida na piach i walka z małpami. Btw. w jedynce, mieliśmy Zuchabbar, teraz mamy Antium, z areną, która wygląda identycznie.
Ale ach te małpy... Nie wiem czy wiecie, ale małpy, takie np. pawiany, albo mniej więcej tego rozmiaru, mają na tyle siły, żeby człowiekowi urwać rękę, bez większego wysiłku. Mając to na uwadze wpuszczenie nieuzbrojonych zupełnie chłopów do walki z takimi małpami jest co najmniej... durne? Żeby nie powiedzieć kretyńskie? Zapominając zupełnie o zębach, Chryste Panie, z tych chłopów by nic nie zostało. Małpy jednak po jednostkowym wpierdolu stwierdzają, że nie będą się więcej angażować w dalsze starcie i uciekną. Mówię małpy, bo ich gatunek jest średnio określony. Mógłby być określony, ale prezentacja owych małp jest czymś co powinno dostać swoją osobną kategorię w dziale FX każdego filmowego studia. Tak karykaturalnie paskudnych, golonych małp i tak wybijających z immersji filmu, jeszcze nie widziałem. A przypominam, że to Ridley Scott, a niedawno mieliśmy ostatnią część Planety Małp. Nie ma więc wymówek na to gówno. Zazdroszczę tym, którzy te małpiaki modelowali. Ja bym kwiczał ze śmiechu, za każdą interakcją z tym dziadostwem, wiedząc, że to pójdzie do milionów ludzi.
Pierwsze sceny przygotowania, oczywiście jak za czasów Proximo, trzeba było przedstawić, żeby pokazać jakim kozakiem jest Hanno. Więc Ridley nam pokazuje. Hanno wybrany przed szereg, oczywiście niezwracający uwagi na nacierającego trenera (?), pokazuje jaki to on nie jest niewzruszony, tylko po to, by po pierwszym dzwonie wejść w tryb berserkera i jednak się bić. Dzwon zaś, nie jest zupełnie bez kolorów. Kolorem tych dzwonów jest fakt, że owy treneiro ma na sobie rękawice. Rękawice podobne do tych od mma, zakrywających pięści, by zwiększyć moc uderzenia, ale, w naszym starożytnym przypadku, na prawie całej długości części, która docelowo ma zetknąć się z ryjem, znajdują się, tak, to nie żart, tak ze dwucentymetrowe kolce. Kolce. KOLCE. Hanno dostaje z tej rękawicy chyba z 10 ciosów w ryj i nie tylko, ale w jego przypadku moc galijskiego napoju sprawia, że kolce stają się gąbczaste i nie ranią go zupełnie, gdzie w rzeczywistości rozorały by mu łeb jak pole ziemniaczane i tyle by było ze szkolenia. Swoją drogą fest metody panie trenerze.
Post szkolenie, Hanno oczywiście rozpierdziela wszystko co się do niego zbliża w mniej lub bardziej wykwintny sposób i OCZYWIŚCIE, igrzyska za rogiem więc dzida do Rzymu.
Rzym
Rzym przedstawiony nam jest jak kiedyś. Duże piękne miasto pełne wrzeszczących ludzi, cieszących się z tego, że Afryka po raz kolejny dostała lanie, więc będzie zabawa w patrzenie jak się ludzie zabijają w efektowny sposób. Dostajemy jednak od reżysera prezent w postaci dwóch zjebów. Geta i Karakali. I teraz chwila przerwy, bo mamy trochę do odkręcenia. Marek Aureliusz wziął i umar w 180 roku. Młody Lucius miał wtedy 8 lat. 212 rok Karakala zabija swojego brata, więc Lucius ma wtedy 40 lat. Film dzieje się 15 lat po śmierci Marka Aureliusza, więc młody ma 23... Ale może, to jest przypierdzielanie się. Może. Lećmy dalej. Problem zasadniczy jest w tym, że to nie były zjeby. To byli dosyć ogarnięci ludzie, a zabójstwo brata zostało przeprowadzone z chęci władzy, a nie dlatego, że ktoś mu guzik wcisnął i pokręcił ego. No ale zaakceptujmy ich jak ojciec nieswoje dzieci z przedszkola, bo mają takie same kurtki jak nasze. Są to postaci tylko dlatego, żeby wprowadzić element Komodusowy, jednak problem w tym, że Komodus, mimo tego, że dziwny, był jednak inteligentny na swój sposób, a nie był cymbałem, który czekał na to aby być zmanipulowanym. Kolejna kalka, która nie ma sensu.
Mamy jeszcze Lucillę, która po jednej nutce rozpoznaje nam, że jakiś random z Afryki to jej syn. Lucillę, która wspomina nam, że jej syn jest Maximusowy. Ale zaraz... Jak? To jest dosyć ważna kwestia, bo jest to kluczowy twist fabularny. Maximus miał żonę, którą kochał bardzo bardzo, bo liczył nawet dni, kiedy jej z nim nie ma. Był z nią cały czas, wyjeżdżał tylko na wojny. Cały film wałkowane jest, jak to jest oddany rodzinie i swojej miłości, której nigdy nie stracił, nawet po ich śmierci. Miał SYNA swojego, który był mniej więcej (bo nie jest dokładnie napisane, ale po wyglądzie można stwierdzić) w tym samym wieku, więc pytam JAK? Puścił się zupełnie przypadkiem, zupełnie zdradzając samego siebie i to mniej więcej w tym samym czasie? A może Lucilla się zapładnia przez uścisk dłoni? Nie wspominając zupełnie o fakcie, że część pierwsza mówi nam WPROST że Lucjusz jest synem męża Lucilli, który w filmie nie występuje, bo nie żyje. Kolejny zupełny kretynizm. Warto dodać, że Lucilla ma jeszcze super moce i super architektów, i super budowniczych, bo jest zrobili przyciska na magiczną bramę, do magicznej komnaty, który jest niepotrzebny zupełnie, bo od strony podwórza można do owej komnaty wejść. Nice.
Koloseum
Walki w koloseum, kolejna groteska. Zaczyna się niewinnie, bo przecież OD NOSOROŻCA, KTÓRY JEST WIERZCHEM SUPER GLADIATORA. I tak, ziomeczek, który stwierdził, że jebać nosorożca, on z nim idzie na gołe klaty, to szanuję w opór. Mój człowiek. Nosorożec miota się po całym stadionie, by robić absolutnie nic, Hanno oczywiście, obejmuje dowodzenie nad drużyną (ciekawe skąd ten pomysł), i sugeruje, żeby nosorożca zrobić w chuja jak klasycznego dzika. Dawaj pod drzewo i uskocz w ostatnim momencie, zobaczymy co się stanie. (btw. to jest motyw, który był kiedyś w spidermanie). I to rzeczywiście się udaje, pomijając fakt, że Hanno, albo zrobił ultra hiper salto i uskoczył w bok, albo rykoszetem dostał z nosorożca. Jak dostał to gg, fajnie, że ma jeszcze jakikolwiek krwioobieg, żeby walczyć, a jak uskoczył, to szanuję nogi. Też chciałbym tak skakać.
Ale proszę państwa, to nie koniec przygód. Przecież wieść niesie, że w koloseum kiedyś gościły również walki morskie! A jakże. To akurat fakt, ale ich przedstawienie jest co najmniej beznadziejne. Pierwsza rzecz. Rekiny. To nawet nie chcę mówić, bo samo przez się się nasuwa, że to jest absurd, ale żeby dodać pikanterii, chciałbym powiedzieć, że nawet jeżeli udałoby im się je złapać w jakiś sposób i przewieźć do tego koloseum, to... To by troszkę jednak trwało. Film jednak pokazuje nam, że przyjeżdża sobie jenerał do chaty, wita go szef i mówi "Super mordo, fajna zdobycz, robimy imprezę". I ta impreza się zaczyna. Od razu. To nie jest tak, że oni mieli jakiś długi czas na to. Dzida igrzyska, bez większego opóźnienia. Chryste Panie.
Ale morskie walki! No więc na arenę wpływają dwa statki, jeden helleński, drugi, nie wiem w sumie, nie pamiętam, ale powiedzmy gladiatorski. Mają między sobą, tak na oko, może ze 20 metrów. Jak wypływają. Potem zaczynają się do siebie zbliżać, więc dystans się skraca. Hellenowie cały czas naparzają z łuków i kusz. Kusz. KUSZ. Nie chcę nic mówić, ale kusze to tak z 500 lat później. A nawet jak wcześniej gdzieś po innych kontynentach, TO NIE W RZYMIE. Chryste Panie, przecież to taki banał jest do sprawdzenia. Ale mniejsza. Naparzają. Gladiatorzy się dzielnie bronią, mają ze 2 łuki max, ale przynajmniej zasłaniają się tarczami. W pewnym momencie Hanno, generał brygady, wymyślił genialny plan, który sprawi, że pokonają złego wroga i przeżyją, by móc opowiadać o tym swoim potomkom. Więc płyną prawie że prosto w drugi okręt i całą drużyną, skręcają gwałtownie swój statek. I może by to było ok, ale przy tym skręcaniu, to Ci tarczownicy, co wcześniej tarczowali, to jednak przestali tarczować więc, mamy całą drużynę, zupełnie odsłoniętą, tak z 5 minut do zakończenia manewru, bo to kurde nie motorówka, a oni wszyscy odsłonięci na CIĄGŁY, NIEPRZERWANY, OGIEŃ Z ŁUKÓW I KUSZ. I ginie może ze 3 typa. Czyli albo mamy ślepych hellenów, albo tylko losowe strzały są z drewna, a reszta jest z gąbki do mycia talerzy. Ale manewr się udaje. Dzida skręt i czas na genialny pomysł. Taran i abordaż. Warto jednak zauważyć, że po tym całym manewrze, to tak z 5 metrów było odstępu między jednym statkiem a drugim. Tak z 5. Nie wiem czy kiedyś wiosłowaliście, nawet kajakiem, ale z 5 metrów, to tak nie za dużo, jak chcesz coś z impetem rozwalić. Ale nic to. Fizyka jak wiadomo nie istnieje, są marzenia i urojenia, więc statek na pełnej wdupia się w drugi i go łamie praktycznie w pół. Hanno biegnie na drugi, łapie kusze, strzela w jenerała i jako, że jest ślepy to nie trafia. OCZYWIŚCIE. Bo przecież jak dajesz randomom broń dalekiego zasięgu, to siadasz całkowicie odsłonięty właśnie w tejże broni zasięgu.
Insurekcja
Nie byłoby podstępu, gdyby nie wrzeszczeć o nim na środku ogródka. Lucilla wie o tym najlepiej, więc w najbardziej kretyński sposób, intryga obalająca cesarzy zostaje podkablowana naczelnemu mąciwodzie. Motyw mąciwody jest zupełnie bezjajeczny, więc nie będę go w ogóle dotykał, poza ostatnią sceną. Generał zostaje skazany, Lucilla idzie więc do młodego, żeby mu powiedzieć, że słuchaj ziomuś, weź ogarnij, bo jesteś synem Maximusa. On oczywiście na początku nie chce, a potem jednak chce. ZUPEŁNIE PRZYPADKOWO w Ostii, CZYLI DOKŁADNIE TAM GDZIE W JEDYNCE, stacjonują wojska, które odpowiedzą na wołanie. Więc na początku idą wolno, więc nie ma czasu, a potem idą szybko więc jest czas. Generał w ramach kary zostaje skazany na walkę w koloseum, gdzie dostaje Hanno, który postanawia go jednak nie zabijać, bo jednak go lubi już, jak ten mu powiedział, że wie kim jest. Nie wierzę w to co piszę. Decyzja jednak zapada, że mimo, tego że Hanno nie zabija, to majo zabić ochroniarze. A ochroniarze! Ach, te gagatki. Po incydencie z gladiatorem, na stadion wjechała ochrona, by chronić stadion przed ludźmi. Cesarze dodatkowej ochrony nie dostali. Byli tylko ochroniarze na krawędzi trybuny, by chronić... mur? Strzelić do generała? Tłum się zdenerwował, ale nic to. Jutro poprawimy.
Wóz i przewóz
Zapada decyzja, że Hanno będzie chronić matkę i senatorskich gagatków, więc walczyć będzie z pretorianami, który będą, próbowali ją zabić. Wcześniej jednak, oczywiście, random który leczył Hanno z ran, zupełnie przypadkowo miał dostęp do wszystkich kluczy, do wszystkich cel, więc Ci się otworzyli, a ten wyrwał do obozu by na słowo i pierścień, przyzwać legion żołnierzy do odbijania Rzymu. Wcześniej dni było za mało, więc teraz OCZYWIŚCIE w pół godziny dojadą przecież na żądanie. Naleją 98 do koni, zamiast 95 i dojadą szybciej. Gladiatory uciekają, zaczynają bitkę w więzieniu gladiatorskim, z dupy wyłaniają się łucznicy na pięterku, który z metra pięćdziesięciu nie mogą nic trafić, i Ci uciekają. Gdzie pytacie? Do domu? Gdziekolwiek w miasto by czmychnąć? Nie, nie, nie. Idą OCZYWIŚCIE za Hanno do korytarzyku prowadzącego do koloseum by rozpocząć wpierdol ostateczny. Nie mogło zabraknąć mowy Maximusowej, bo a jak że, i dzida. Pretorianie OCZYWIŚCIE zaskoczeni, bo nikt nie ogarnął, że ze 100 osób uciekło z więzienia i rozwaliło pół obsługi tego przybytku. Walka trwa, a do akcji wkracza ochrona... Teraz tłum już nie jest wesoły i rześki, więc ochrona stwierdziła, że nie lubi tłumu, więc jak w prawdziwym filmie akcji, stwierdziła, że ochroni mur. Rząd więc długi łuczników ustawił się w pierwszym rzędzie przed wszystkimi i naciągnąwszy cięciwę, wycelował w ludzi, zamiast strzelać w gladiatorów. Lud przestraszony, cofnął, się ale tylko na moment, bo zaraz ktoś niechcący wystrzelił i się skończyło chronienie, bo tłum wleciał w ochronę na pełnej i pozrzucał ich z krawędzi. Nie mam pojęcia dlaczego Ridley zapominał, że taki motyw owszem byłby ok, gdyby nie fakt, że łuk, to tak strzela raz na ile... 5 sekund, jak ktoś jest sprawny? Może 10? Ze 30 jak nie ogarnia? Więc taki łucznik to tak średnio ma sens w takim ustawieniu. Jakby taki ziomeczek miał karabin maszynowy, no to inna sprawa. Jak zabijasz jednego na godzinę, a jak zabijasz 100 na sekundę, to jest różnica jednak. Ale nie dla Ridleya. Ridley lubi paralele współczesnych motywów, które zupełnie się nie przenoszą do starszych.
Oczywiście robi się rwetes, wszystko jasny pierun strzela, Lucilla ginie, mąciwoda zarządza szturm na armię która nadjeżdża i ucieka by stanąć jej na przeciw. Ucieka też Hanno, bo a jakże, mijając zupełnie bez problemu i zwracania uwagi dziesiątki, jak nie setki pretorian.
Bitwa ostateczna
Masz mniej więcej 6k typa, Twój przeciwnik ma 5k typa. Twój przeciwnik idzie na Twoje miasto, wiesz gdzie i od której strony. Ty masz miasto położone na wzgórzu, relatywnie stromym, miasto ma mury grubości 3 koni, wysokich na tych koni 20, a u podnóża wzgórza masz jeszcze rzekę. Co robisz? Wychodzisz z miasta i ruszasz przed mury, aż do samej rzeki, by stracić wszystkie możliwe przewagi. Geniusz taktyczny przerasta moje pojmowanie, więc Ridley postanawia mi pomóc i sprawia, że bitwa staje się wojną bohaterów. Hanno walczy z Mąciwodą, OCZYWIŚCIE wpadają do rzeki, OCZYWIŚCIE nikt nie ratuje Mąciwody, bo to przecież tylko KONSUL RZYMU, więc nie trzeba, niech się pasie. Pomijam fakt, że powszechnie znany już na tym etapie gladiator, ciśnie sobie przez cały legion pretorian i nikt nie zwraca na niego uwagi by na ową ustawkę dojechać. Walka trwa, padają ciosy i ciosiki, w pewnym momencie Hanno wpada do wody, a Mąciwoda bierze miecz i ciśnie z całą mocą we wodę, w kierunku głównego bohatera. No właśnie. Tym mieczem trafia w pancerz, który przez całą długość filmu nie był jakoś specjalnie odporny na ciosy, bo jest skórzany, ale teraz zupełnie przypadkiem, ostrze trafia w obrazek, który jest metalowy, i pod naporem, ostrze wcale się nie zsuwa na fragment skórzany przebijając go, tylko odbija magicznie i dzięki temu Hanno może się wykręcić i dziabnąć Mąciwodę po raz ostatni. Zabija go, przypominam, KONSULA RZYMU, wychodzi przed dwie armie, które kompletnie nie wiedzą kim on jest, mówi że jest synem Maximusa, i wszyscy w sumie mu wierzą i są git z tym co się właśnie odjebało.
Post scriptum
No to tyle właściwie. Pominąłem fakt, że szuranie mieczem po kolczugach zabija instant, cios w nos zawsze jest śmiertelny, jeżeli zadany w randoma, a pancerze działają selektywnie w zależności kto je nosi. Ten film to gówno. Nieziemskie. Nie powinien powstać i to jest moja ostateczna opinia.
Dziękuję i pozdrawiam. Ja.
Komentarze